Rzucił pracę na etacie, jełop jeden
Cześć!
Nazywam się Kuba, mam trzydzieści trzy lata i nie pi… wróć. Nie pracuję od dwóch miesięcy. Nie dlatego, że zostałem zwolniony i teraz nie umiem znaleźć pracy. Odszedłem na własne życzenie, rozwiązując umowę za porozumieniem stron.
Dlaczego? Ponieważ chwilowo zrobiłem swoje i dotarłem do mentalnego muru (nie swojego, acz społeczeństwa), którego nie byłem w stanie (a może już nie chciałem?) przebić. Zawodowo zajmowałem się szeroko rozumianym bezpieczeństwem pracy i była to praca w równym stopniu satysfakcjonująca co wyniszczająca. A skoro tytuł bloga zawiera słowo mąż, to musi być i żona. Obiecałem mojej K., że zrobię swoje i zacznę pracować bliżej domu. Los był dla nas na tyle łaskawy, że akurat przed K. otworzyła się nowa, znacznie szersza, ścieżka kariery. Moja małżonka jest ambitną bestią i, korzystając z okazji i trochę przetestowaliśmy talię kart naszego życia i zamieniliśmy się rolami. Przedtem ja więcej pracowałem, a ona łączyła pracę z zajmowaniem się domem. Teraz ja zajmuję się domem, a ona buduje swoje małe imperium. Oczywiście nie były to decyzje podjęte z dnia na dzień ani skok na głęboką wodę. Gdy po kilku miesiącach stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi… kości zostały rzucone. Co dalej?
Zarabianie od zera
Przez ostatnie dziesięć lat pracowałem głównie w delegacji. Jeśli nie delegacja, to dojazdy dochodzące nawet do dwóch godzin w jedną stronę. Nierzadko wracałem po ponad dwunastu godzinach, tylko żeby być w domu na noc. Czy było warto? Tak. Czy mogłem pracować dalej w ten sposób? Może. Ale z każdym pokonanym kilometrem się spalałem, odnosząc kolejne porażki i znikome sukcesy. W peaku było to nawet trzysta km dziennie, rekordowo ponad tysiąc kilometrów w jeden dzień parę razy. Była to jednak dobra praca, która pozwoliła nam zbudować solidny fundament finansowy i dzięki której mogę spróbować teraz nowych rzeczy.
Internet zawsze mnie interesował. Jako dziecko mogłem spędzać przed komputerem niezliczone godziny grając, chłonąc i tworząc małe dziecięce projekty (Open Tibia Server – pozdrawiam!). Teraz wreszcie będę miał na to czas. Oczywiście jak umyję gary i ugotuję obiad. W kolejnych wpisach będę relacjonował moje próby zarobienia milionów przed ekranem. Jestem świadom, że bańka dotcomów dawno już pękła, ale wolę działać teraz niż nigdy. Nie oznacza to, że rezygnuję z poszukiwania pracy na etacie. Po prostu… jeszcze nie muszę. Co za tym idzie, publikowane treści będę przeplatał luźnymi życiowymi wpisami o wszystkim i o niczym. Czy chcę zarobić na tym blogu? Tak. Czy będzie to koniec, jeżeli się nie uda? Raczej nie. To projekt poboczny. Zawsze chciałem pisać blog, a tutaj zależy mi na sprawdzeniu mojej wytrwałości i regularnym publikowaniu.
Zajmowanie się domem i co jeszcze?
Szczerze przyznam, że sierpień był czasem dla nas. Wrzesień czasem dla mnie. Teraz zregenerowany wypływam na nieznane mi wody. Nie umiem programować. Nie jestem królem AI. Kursów też nie zamierzam produkować (chociaż całkiem nieźle szkolenia prowadziłem).
Mój pierwszy pomysł to próba przeniesienia mojej dotychczasowej pracy na etacie, oczywiście z odpowiednio mniejszej w skali, do internetu. Na ten moment nie chcę więcej pisać o tym „garnuszku”, ponieważ - szczerze mówiąc - chcę uciec z tej branży i nie chcę się tym więcej zajmować. Dlaczego więc gdzieś tam coś robię jeszcze w tym behapie? Głupotą byłoby porzucenie niszy, którą znam, którą zajmowałem się przez dekadę i w której byłem chyba całkiem niezły.
Drugi „garnuszek” to pisanie i publikowanie. O tym i tamtym. Na pewno nie o „lajfstajlu”, ale raczej o tym, co mnie aktualnie interesuje, a poza tym o sprawach bieżących. Błogosławieństwem tych czasów jest możliwość prowadzenia kanałów bez twarzy i bez własnego głosu. Moja morda nikomu nie jest potrzebna. Głos można wygenerować przy użyciu sztucznej inteligencji (to z kolei jest miecz obosieczny, ale o tym kiedy indziej). Jesteś brzydalem i nie mówisz R, tak jak ja? Żaden problem.
Kolejnym filarem mojego przyszłego sukcesu ma być wydawnictwo. Czego? Wszystkiego. Odkryłem ostatnio Amazon KDP (publikujesz książkę, a Amazon ją drukuje dopiero jak ktoś dokona zakupu) i teraz powoli testuję ten wariant. Zastanawiam się też nad Amazon Merch (sprzedaż projektów koszulek, które są produkowane na zamówienie), ale grafika nigdy nie była moją mocną stroną, a robienie wszystkiego w oparciu o agentów aż tak mnie nie kręci.
Co jeszcze? Myślę o resellingu. Fajnie się ogląda filmy o dalszej odsprzedaży, ale też zdaję sobie sprawę z wysiłku, jaki trzeba w to włożyć: znajdź towar, wykup, wystaw na sprzedaż, magazynuj, zarób na tym jeszcze. Kupa roboty wymagająca początkowego kapitału, miejsca, czasu no i środków do życia, póki sprzedaż nie odpali. Na szczęście bycie bezrobotnym mężem utrzymankiem niweluje część z tych problemów.
Ostatnia karta w mojej talii to wszelkie zlecenia poboczne. Próbowałem już kiedyś z Useme (portal będący swoistym inkubatorem przedsiębiorczości bez zobowiązań za mały procent od zarobku), a z tego, co ostatnio sprawdzałem, ten rynek dalej istnieje. Sztuczna inteligencja trochę kopie wszystkich, którzy przedtem zarabiali na swoich skillsach, ale widać, że powoli wszystko wraca do normy. Ludzie przestali w 100% bazować na AI i wiedzą już, że wyniki pracy trzeba ciągle sprawdzać i kontrolować. Sam tego używam, ale głównie do automatyzacji powtarzalnych zadań oraz sprawdzania błędów w pisowni.
Quo vadis, Bezrobotny Mężu?
Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe sprawy, jest co robić. Nie wiem, czy któryś z tych pomysłów wypali. Nie wiem, czy pozwoli zarobić. Mam zapas czasu, żeby działać. Jak będzie trzeba, wrócę na etat. Jakikolwiek. Żadna praca nie hańbi. Zarabiałem już uczciwe pieniądze sporym kosztem. Teraz chcę być po prostu szczęśliwy. Wygram? Nie wiem. Przegram? Też nie wiem. Jak to się skończy? Mam nadzieję, że przekonamy się wspólnie. Nie będę w moich wpisach kolorował rzeczywistości.
Będzie dobrze.
Komentarze
Prześlij komentarz